Kiedy po raz pierwszy wszedłem na salę pełną ludzi wykrzykujących ile sił w piersiach: O! O!, pomyślałem, że ktoś tu zwariował. Tylko kto? Oni czy ja? Przecież to niemożliwe, żeby w jednym miejscu spotkało się aż tylu wariatów – mówi Andrzej.
Dwa lata temu, zachęcony przez kolegę ze szkoły, został dystrybutorem produktów pewnej amerykańskiej firmy. Początkowo to miała być dodatkowa praca. Jako nauczyciel wychowania fizycznego w szkole podstawowej, zarabiał niewiele. Nie wystarczało na utrzymanie rodziny, a potrzeby i wydatki rosły.
Przystojny, postawny, niezbyt wysoki brunet. Nosi szary garnitur, nieskazitelnie białą koszulę, krawat w krzykliwych barwach. Kiedyś Andrzej był mrukliwy, teraz jest uprzejmy, życzliwy.
- Weź sprawy w swoje ręce. Nie daj się wykorzystywać. Pracuj dla siebie. Decydujesz o swoim losie. Możesz wybrać: szara egzystencja albo dobrobyt, bogactwo, niezależność. Wykształcenie nie jest potrzebne. Czasami nawet przeszkadza. Najlepiej w tym biznesie powodzi się osobom z wykształceniem zawodowym. Musisz wierzyć i pracować. To przyniesie efekty. Osiągniesz cel – mówili mu ludzie z amerykańskiej firmy.
Zdecydował. Na początku pracował w szkole, a popołudniami jeździł na spotkania. Po pół roku rzucił stałą pracę, choć właściwie to praca rzuciła jego. Dyrektorka nie wytrzymała, bo Andrzej także wśród nauczycieli szukał dystrybutorów. Kiedy zaczął namawiać szefową do współpracy z firmą, otrzymał ostrą reprymendę. Uniósł się ambicją i złożył wymówienie. Spotkania, rozmowy były ciekawsze niż męczenie się z dziećmi w szkole.
Na lodówce w kuchni powiesił kartkę z wypisanymi marzeniami: samochód, wczasy na Majorce, nowy telewizor. Po kilkanaście razy dziennie powtarzał sobie, że odmieni życie rodziny.
Notes z adresami, numerami telefonów pęczniał. Spotkania, szkolenia, prezentowanie planów, zdobywanie punktów… Półki w łazience zapełniały się, podobno rewelacyjnymi, specyfikami. To nic, że były kilkakrotnie droższe od środków dostępnych w sklepach. Te, które rozprowadzał Andrzej, miały być lepsze, bardziej wydajne i – co najważniejsze – miał dostawać za nie punkty. A od ilości punktów zależy wysokość prowizji. Na płynach do naczyń, proszkach do prania, które dostawali znajomi, przylepiał karteczki z napisem: ,Za to nie ma punktów”.
Dawni przyjaciele Andrzeja, znajomi, rodzina – nagle zaczęli się dziwnie zachowywać. Coraz rzadziej wpadali z wizytą. Czasami dla świętego spokoju coś kupowali, ale odmawiali zostania dystrybutorami. Ci, którzy dali się skusić, po kilku tygodniach odchodzili. W końcu zaczęli unikać go jak ognia.
Żona na początku była zła, że mąż dał się omamić. Kiedy zaczęła chodzić z nim na spotkania, też się wciągnęła. Poparła go, kiedy postanowił rzucić pracę. To było nawet dla niej wygodne – wysyłał dzieci do szkoły, gotował obiady. Po południu wychodził do pracy. Wracał późno w nocy, ale był uśmiechnięty, szczęśliwy, pełen entuzjazmu. Roztaczał przed nią wspaniałe wizje. Tłumaczył, że trzeba przetrzymać trudny okres, ale już niedługo odłączą się samodzielni dystrybutorzy i pieniądze zaczną płynąć szerokim strumieniem. Ona wierzyła, oszczędzała, brała nadgodziny, żeby tylko utrzymać rodzinę. Mimo to długi zaczęły rosnąć w zastraszającym tempie. Sprzedali samochód.
Andrzej zdobywał kolejne punkty. W klapie marynarki z dumą nosił firmową odznakę. Chwile zwątpienia mijały po spotkaniach z tymi, którym się udało. Wmawiał sobie, że jest coraz bliżej sukcesu.
Brakowało na zapłacenie rachunków za prąd, ale nie na telefon komórkowy. Przecież wszyscy znajomi już mieli komórki. Nie mógł być od nich gorszy.
- Wszyscy tak zaczynali. Najważniejsze to się nie poddać. Nie słuchać tych bzdurnych opowieści o sektach. My jesteśmy jak rodzina, pomagamy sobie – zapewniał Andrzej.
Tymczasem zobowiązania rosły. Rodzina, u której byli zadłużeni, zaczęła się niecierpliwić, ale zarobek żony Andrzeja nie wystarczał nawet na bieżące wydatki. Do drzwi zaczęli pukać komornicy. Ona nie wytrzymała. Zabrała dzieci i wyprowadziła się do swojego ojca. Andrzej schował dumę do kieszeni i poszedł do dyrektorki szkoły, w której kiedyś pracował. Miał szczęście. Dostał pół etatu. Zaczął dorabiać u szwagra w firmie budowlanej. Za kolejną pożyczkę kupił używany samochód. Coraz mniej czasu mógł poświęcać na spotkania, wykładanie planów, wyjazdy na seminaria. W końcu zrezygnował. Jest nieszczęśliwy.
- To wspaniała rzecz. To szansa. Kiedyś jeszcze do tego wrócę – zapewnia Andrzej. – Teraz najważniejsze to odzyskać rodzinę. Czy mi się uda? Jeśli będę w to mocno wierzył…
KRZYSZTOF TROCZYŃSKI, psycholog:
- Odnoszę wrażenie, że takie firmy, jak opisywana w reportażu, działają trochę na zasadzie sekty. Przedstawiają takie perspektywy, że mało kto jest im w stanie się oprzeć. Ludzie zaczynają działać euforycznie, jak pod wpływem amfetaminy. Widzą jedną stronę działalności firmy, oczywiście tylko tę pozytywną. Nie dostrzegają minusów, przeszkód.
W podobny sposób przygotowywano do pracy kilka lat temu agentów ubezpieczeniowych. Wiele osób rzucało dotychczasowe, niskopłatne, ale stabilne zajęcia. Roztaczano przed nimi wizje korzyści: wyjazdów do ciepłych krajów, perspektywę opłacania dla nich polis ubezpieczenowych.
Opisywana w artykule firma działa na zasadzie piramidy. Jest w niej pewna grupa osób, które świetnie się mają. To wzmacnia pozostałych, którzy widzą kogoś, kto odniósł sukces. Chcą mu dorównać i wpadają w pułapkę.
Najczęściej dystrybucją towarów sprzedawanych przez takie firmy zajmują się osoby niewykształcone. Jeszcze niedawno było wśród nich wiele osób z tzw. budżetówki. Nie potrafią spojrzeć krytycznie na to, co się wokół nich dzieje. Pójdą za swoim sponsorem jak owieczki za pasterzem. Bo każda z tych owieczek także ma swoje stadko, które za nią podąża.
Prof. MAREK SZCZEPAŃSKI, socjolog:
- Ludzie pozwalają sobą manipulować z kilku powodów. Pierwszy z nich to pokusa indywidualnego sukcesu. W czasach socjalizmu liczyły się osiągnięcia kolektywu. Teraz ważne jest to, co osiągnie jednostka.
Drugi powód to poczucie wspólnotowości, swoistej nowej plemienności. Grupa złożona jest z osób mających ten sam cel: prosty, jasny. Na dodatek znajduje się on w zasięgu ręki, a to w obecnej sytuacji ekonomicznej jest bardzo ważne. Tego typu piramida finansowa nie mogłaby działać w Stanach Zjednoczonych czy we Francji. Natomiast w Polsce, gdzie jest ogromne bezrobocie i bieda, rozwinęła skrzydła.
Firma pokazuje ludzi, którym się udało. Można ich niemal dotknąć. Opowiadają o tym, jak zaczynali od zera i znaleźli się na wyżynach. Podczas spotkań stosowana jest psychologia tłumu, wytwarzane poczucie należenia do elity, do wybrańców. Rodzi się poczucie wyższości wobec niewtajemniczonych.
Trzeci powód to zaangażowanie finansowe. I tutaj następuje pełne wchłonięcie przez piramidę człowieka, którym powoduje chęć osiągnięcia sukcesu, poczucie więzi, wspólnoty oraz wyniki ekonomiczne.
Autor artykułu: ALDONA MINORCZYK-CICHY