Załogi dziewięciu wozów bojowych straży pożarnej przez cztery godziny gasiły wczoraj pożar mieszkania na X piętrze bloku przy ulicy Tysiąclecia w Katowicach. Do szpitali przewieziono pięć ofiar. Wśród nich jest troje dzieci.
- Godzinę po północy poczuliśmy swąd. Wybiegliśmy na korytarz. Płonęły już drzwi od domu sąsiadów. Wszyscy zaczęliśmy gasić ogień. Nosiliśmy wodę całymi wiadrami. Ktoś zadzwonił po strażaków – mówi mieszkający obok Józef Kosin.
Płomienie buchające z przedpokoju odcięły właścicielom mieszkania: Małgorzacie i Arkadiuszowi D. oraz trójce ich dzieci drogę ucieczki na klatkę schodową. Schronili się więc na balkonie. Stamtąd wzywali pomocy. Po chwili inni lokatorzy wyważyli okopcone drzwi. Zaczęli wlewać wodę do pokojów. Momentalnie jednak całe piętro zasłonił gryzący dym.
- Nie było nic widać. Ludzie się dusili. Niosąc małe dzieci i najcenniejsze rzeczy wybiegali przed budynek. Panował taki smród, jakby płonął stos starych opon. Do mojego mieszkania na ósmym piętrze dotarła kobieta z sześciomiesięcznym malcem. Mieli widoczne objawy zatrucia dymem – relacjonuje Józef Kowalczyk.
Z każdą minutą sytuacja stawała się coraz groźniejsza. Ogień zaczął trawić okna dwóch sąsiednich mieszkań. Na szczęście strażacy błyskawicznie przyjechali na miejsce. Ewakuowali uwięzionych mieszkańców, którym groziło zaczadzenie, a nawet śmierć w płomieniach. Następnie ugasili pożar.
- Przez megafony podawali komunikaty, żeby zabrać spod bloku swoje samochody. Potem przez okna wyrzucali nadpalone meble, jakieś deski i inne sprzęty. Swąd spalenizny roznosił się w całym wieżowcu – dodaje Dorota Bagniewska z IV piętra.
Troje dzieci przebywa w katowickich szpitalach. Natomiast ich – poważniej ranni – rodzice przetransportowani zostali do siemianowickiego Centrum Leczenia Oparzeń.
- Pacjenci mają oparzenia około 40 proc. powierzchni ciała, twarzy, kończyn i klatek piersiowych. Kobieta ma także obrażenia oczu. Na razie trudno powiedzieć, jakie są ich szanse na przeżycie – stwierdził dr Stanisław Sakiel, ordynator Oddziału Oparzeń CLO w Siemianowicach Śląskich.
Na balkonie należącym do państwa D. znaleziono dużą butlę wypełnioną gazem. Tylko cudem udało się uniknąć eksplozji.
Autor artykułu: DARIUSZ KRAWCZYK